RSS
piątek, 24 października 2008
powrót do żywych

mam wrażenie, że rok już minął od kiedy ostatni raz pisałam.

już po wszystkim. po ślubie, po "dwutygodniowcu" miodowym... dwa miesiące minęły a perspektywa do pewnych rzeczy - zupełnie inna.

swoją drogą, wszystko poszło nadzwyczaj dobrze, nie spodziewałam się, że będzie tak luzacko. może dlatego że nie spinałam się za bardzo przed ślubem i byłam przygotowana na to, że coś może pierdolnąć. nie pierdolnęło. było miło. kiedy o 12 zrzuciłam w końcu te cholerne buty, byłam tak wymęczona, że jedyne o czym myślałam to łóżko. i to bynajmniej nie w celach konsumpcyjnych ;P

następnego dnia wyjechaliśmy. P. oczywiście zrobił mi niespodziewajkę bo byłam przekonana, że jedziemy do Pragi. dopiero przy załatwianiu ubezpieczenia wydało się, że on sobie wymyślił... Węgry. ;)

zjeździliśmy pół kraju, najpierw Budapeszt, potem północny brzeg Balatonu a na końcu Eger. tak naprawdę dopiero w tym ostatnim odpoczęliśmy i poczuliśmy się jak na prawdziwym miodowym miesiącu...

Węgry są piękne, ale NIENAWIDZĘ NIEMIECKICH TURYSTÓW!!! ;/

relacja poparta dowodami zdjęciowymi następnym razem, teraz nie mam na to czasu, ani - szczerze mówiąc - siły. 

 

13:53, gusiak1983
Link Komentarze (1) »
środa, 16 lipca 2008
tik-tak, tik-tak...

do ślubu jeszcze 24 dni...

chciałabym mieć to wszystko za sobą. w piątek wieczór panieński A. - mojej świadkowej. tydzień później - jej ślub, tydzień po tym - mój panieński - aż się boję... ;P

A. aż podskakuje z radości. ciekawe co mi wymyśliła.

zapowiedziałam jej, że nie chcę żadnych prężących się półnagich neandertali, bo zdechnę ze śmiechu.

widziałam się ostatnio ze znajomymi. powiedziałam kumplowi o naszym ślubie. zrobił oczy a potem zapytał, czy jestem pewna. ja na to: ale czego? on: no, że to ten.

odpowiedziałam, że miałam 8 lat żeby się o tym przekonać. 

poczułam się nieswojo... zwykle reakcja ludzi na nasz ślub jest bardzo pozytywna. zresztą wszyscy nasi znajomi od dawna wiedzieli, że będziemy razem, że to jest to. dopiero reakcja M. uświadomiła mi, że można na to patrzeć z innej perspektywy. nie zuważyłam do tej pory, żeby miał coś przeciwko P. zresztą może wcale nie ma. tylko w takim razie skąd to zdziwienie? nadal mnie to zastanawia.

1.08. odbieram sukienkę z salonu. jest śliczna ;]

muszę się jeszcze tylko trochę do niej opalić. nawet byłam już 2 razy na solarium (drugi raz w życiu). ale oprócz tego że usmażyłam sobie dupę to efekt jest mało widoczny... 

P. się ze mnie śmieje i zabronił mi chodzić na solarium później niż na tydzień przed ślubem... ;P

15:44, gusiak1983
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 26 maja 2008
I'm baaaaack!!

po niemal nieprzyzwoicie długiej nieobecności, śpieszę donieść, że nie umarłam, nie wyemigrowałam, nie zamknęli mnie nigdzie w komórce bez dostępu do internetu, nie pożarł mnie owczarek alzacki (motyw z Bridget Jones), nie porwali mnie obcy w celach doświadczalnych oraz nie zaczęłam cierpieć na szybko postępującą demencję starczą która wykluczałaby możliwość zapamiętania hasła do bloga... ;|

prawda jest bardziej prozaiczna, aczkolwiek, również, bardziej brutalna: po prostu, klasycznie, najzwyczajniej w świecie - nie miałam czasu. 

jedyną przyczyną dla której tu teraz piszę jest mój masakryczny, zbrodniczy wręcz katar, który zapobiegł mojemu dzisiejszemu wyruszeniu jak co rano do pracy. 

kończę więc kolejną rolkę papieru toaletowego, który boleśnie rani moje delikatne nozdrza i myślę, jakby tu szybko i możliwie bezstresowo umrzeć. ale - heh - nie ma tak łatwo. 

nie było mnie tu na tyle długo, że próba opowiedzenia, nawet w dużym skrócie, co się działo, zakończyłaby się, prawdopodobnie, niezwykle spektakularnym fiaskiem. w najlepszym przypadku musiałabym tu pisać do południa co najmniej. 

powiem więc tak: ślub za 2,5 miesiąca, zamówiliśmy zaproszenia. o takie:

ja zamówiłam gorsecik pod kieckę ślubną. o taki:

problem w tym, że paczka idzie z Walii i tak naprawdę to nie wiem, kiedy dojdzie...

z P. zdążyliśmy się już z 15 razy pokłócić i pogodzić (w tym, ostatnio, dość ciężko. pokłócić, znaczy...) 

prawie wszyscy moi maturzyści zdali już ustną (jedna zdaje jutro a wyniki pisemnych będą dopiero pod koniec czerwca)

generalnie jest wiosna, mój kumpel W. znalazł sobie dziewczynę, więc nie będzie mi już smędził,  kupiliśmy sobie z P. lustrzankę cyfrową Nikona na raty, co tam jeszcze...?

jestem trochę zakręcona bo jeszcze tyle przed tym ślubem trzeba pozałatwiać... porozwozić zaproszenia, poskładać dokumenty, masakra... oczywiście przy każdym wyjęciu czy złożeniu dokumentu "co łaska 200 zł"... jak mnie to wkur..... aż mi się odechciewa wszystkiego. biorę ten kościelny chyba tylko po to, żeby mnie rodzina nie wydziedziczyła... 

P. wymyśla gdzie pojedziemy w podróż poślubną. co prawda to ma być niespodzianka, ale ponieważ on jest organicznie niezdolny do utrzymania przede mną tajemnicy, z jego półsłówek, min i aluzji wydedukowałam, że pojedziemy do Pragi. ech. ten mój tajemniczy mężczyzna... ;>

z drugiej strony to dobrze. nic się przede mną nie ukryje muahahahahaha ];-> 

 

08:49, gusiak1983
Link Komentarze (1) »
środa, 27 lutego 2008
life's a bitch and so am I

wczoraj wpadłam na artykuł:

http://wiadomosci.o2.pl/?s=512&t=10567

 

przeczytałam... co prawda to same komunały i nic nowego się tam nie dowiedziałam, ale zaczęłam się zastanawiać...

w liceum chłopaki ochrzcili mnie naczelną feministką w klasie (po naszej wychowawczyni, która była w tej kwestii poza wszelką konkurencją ;P). śmiałam się z nich i śmieję do teraz, bo nigdy nie określiłabym się w ten sposób. po przeczytaniu tego artykułu zaczęłam myśleć czy naprawdę nie mieli podstaw...

no bo w sumie:

- nigdy nie potrzebowałam facetów do szczęścia. mówię o takich czysto praktycznych kwestiach. żarówkę sama wymienię, gwoździa wbiję, w urzędzie też sobie poradzę, z bólem ale jak muszę sama to muszę i już. wiadomo, że kwestie emocjonalne to inna sprawa, ale jakoś poziom mojego życia nie obniżyłby się gdybym nie miała wokół siebie mężczyzn.

- zdarza mi się robić z nich tzw. "podśmiechujki" ;> no bo, przyznajcie same, drogie Panie, że mężczyźni są niezwykle wdzięcznym tematem do żartów... ;D

- jestem asertywna, nie boję się powiedzieć, że coś mi nie pasi - wręcz przeciwnie, czasem robię to zbyt często (przyznaję, że zdarza mi się nie przebierać w słowach)

- długo byłam sama. jakoś żaden pan nie spełniał standardów. i nie było mi z tym źle.

- zdarza mi się iść pod prąd. owszem. nie lubię być owcą. czasami specjalnie wysuwałam kontrargument w dyskusji, żeby podkręcic atmosferę, chociaż naprawdę wcale nie byłam "przeciw"...

 

z drugiej strony:

- nie jestem agresywna. nie lubię się "napraszać". kłócić o kasę czy stanowisko (chyba że dla kogoś, ale to podobno cecha wspólna wszystkich wodników ;P)

- praca jest ważna ale stanowczo nie najważniesza. jest środkiem a nie celem.

- jestem monogamistką, nie zmieniam facetów jak rękawiczek, preferuję związki stałe.

- nie obrażam się, kiedy ktoś mi otworzy drzwi, kupi kwiaty, ustąpi miejsca. lubię to.

- lubię też usłyszeć od kumpla, że ślicznie dziś wyglądam. nie uznaję tego jako traktowanie jak obiekt seksualny.

- poza tym lubię facetów. po prostu ich lubię. czasem są naprawdę głupi ;) ale jak tak spojrzę, częściej widzę się z moimi przyjaciółmi niż przyjaciółkami. i lepiej mi się z nimi gada. nawet czasem się śmieję, że jeszcze trochę i wyrosną mi wąsy... ;P

- i stanowczo NIE JESTEM lesbijką.

- aha! i golę się pod pachami! ;D

 

wszystko to razem do kupy biorąc, stwierdzam, że feministką nie jestem. i smutno mi trochę, że ludzie posługując się stereotypami szufladkują innych czasami w bardzo bezsensowny sposób. czasem dla niektórych po prostu albo jesteś feministką albo kurą domową. nie ma nic po środku. bezsens.

pozdrawiam wszystkie silne babki dla których facet nie jest ani ciemiężycielskim tyranem którego należy nienawidzić ani podnóżkiem który można kopnąć w kąt jak się go nie potrzebuje.

i pozdrawiam również panów. tych, którym jeszcze nie udało się przetrawić definicji prawdziwej feministki i stosują ją wobec każdej kobiety z charakterem i tych, którzy mają do tej kwestii zdrowe, niestereotypowe podejście.

 

 

11:55, gusiak1983
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 25 lutego 2008
kiece, kiece,wszędzie kiece!!!!

obsesja mnie jakaś dopadła!

ale to tylko dzisiaj, do jutra mi przejdzie ;]

zamówiłam dziś kieckę. taką jak na zdjęciu.

nareszcie problem z głowy, jeszcze tylko kilka przymiarek i już! jezusie, co to była za droga przez mękę! no dobra, może nie było tak tragicznie... XD chociaż kilka razy miałam ochotę pourywać tym babskom łby i narzygać im do szyi...

najgorszy był początek i koniec.

na wstępie, A. - moja świadkowa (;D jak to brzmi!) zabrała mnie do Promesy - na Jana Pawła. [TAK, będę podawać nazwy i ulice! zasłużyli sobie!) weszłyśmy do salonu, tam zostałyśmy przywitane zblazowanym "sełucham". grzecznie mówię (rzecz dość oczywistą - co można robić w salonie sukien ślubnych??), że chcę obejrzeć sukienki, poprzymierzać, itp.

laska [prawie na nas nie patrząc]: trzeba się umówić.
ja: to nie można pooglądać sukienek nawet stojących na manekinach??
laska: nie. można pooglądać w katalogu.

no więc przeglądam ten katalog. wymieniam się z A. uwagami.

ja: o, zobacz, ta jest ładna...
laska [poświęcając mi pół spojrzenia]: ta będzie dla pani niedobra.
ja: aha... to może mi pani coś doradzi.
laska: trzeba się umówić na mierzenie i wtedy będziemy dopasowywać.
ja: ... aha ... dowidzenia.

wyszłyśmy.

no żesz kurwa ja pierdolę. szkoda, że jeszcze fajka nie zapaliła... sory za inwektywy, ale jestem strasznie wyczulona na niekompetencję obsługi. (to chyba kolejna obsesja... ;>)

w następnym salonie - Mystique - po drugiej stronie ulicy, znalazłam swoją sukienkę i przy okazji bardzo miłą panią, która udzieliła mi fachowej porady co przy mojej figurze wygląda dobrze a co zdecydowanie nie.

potem odwiedziłam jeszcze kilka innych, ale jakoś mnie nic nie zachwyciło. 

za to ostatni salon był po prostu nie do pobicia. fakt, że kiecki tam mają fajne. A. właśnie tam kupiła niedawno swoją, z hiszpańskiej koronki. salon w centrum, Madonna, na Wilczej. zapisy na 2 tyg wprzód. no ale luz. zapisałam się. w piątek kończę zajęcia o 9, zapisana byłam na 12.00. z pracy jadę tam niecałe pół godz. przez 2 godziny szwendałam się po okolicznych uliczkach, choć piździło jak, za przeproszeniem, w kieleckiem, uszy mi odmarzły, dupa odpadła razem z kończynami, kręgosłup po godzinie łażenia z 5kg torbą wysiadł, documowałam do salonu 20 min przed czasem. usiadłam i czekam. czekam. czekam. czeeekaaam. 

w tym czasie przychodziły kolejne laski "zapisane na 12". ja czekam. mija 12. mówię: ok, mają teraz sezon, dam im 5, no - góra - 10 min. minęło 15. mówię: kwadrans akademicki, luz. mija 20. po pół godzinie zaczęłam ostentacyjnie zerkać na zegarek, co chyba odniosło skutek, bo jedna z pań oznajmiła drugiej autorytatywnie, że ta pani czeka od 12 i natychmiast trzeba ją obsłużyć. no więc obsłużono mnie. obsługa polegała na tym, że pani obsługująca przyniosła mi 2 kompletnie niedobrane kiecki i dopiero kiedy opisałam jej tą, którą właśnie dziś kupiłam, przyniosła mi jedną, o identycznym wzorze, tyle, że miała więcej nasrane pierdółek na dekolcie. pościskała mnie sznurkami i chyba była bardzo usatysfakcjonowana. ja trochę mniej, zważywszy, że w poprzednim salonie znalazłam sukienkę nie dość, że w lepszym guście to jeszcze o połowę tańszą. bo chyba jest różnica pomiędzy 1990 a 3190 zł, nie?

ledwo zdążyłam naciągnąć portki a do mojej przymierzalni zapakowały się kolejne klientki prowadzone niczym kurczęta przez szalenie zabieganą panią obsługującą.

powiedziałam, pierdzielę. wybór jest jasny.

no i dziś, z tatkiem-sponsorem pojechaliśmy zamówić. uwinęła się babeczka w 10 min. zmierzyła, wypisała kwitek, jeszcze sobie pogadałyśmy i za 3 miesiące pierwsza przymiarka ;D

teraz tylko po butki. ;)))

i jakieś zielsko będę sobie musiała na łeb skombinować. ale to już potem.

narazie dobranoc, idę spać, żeby mi ta psychoza przeszła ;))

następny wpis już o czym innym. obiecuję ;D 

22:23, gusiak1983
Link Dodaj komentarz »
środa, 20 lutego 2008
jak to się mówi, "ch** bombki szczelił"...

moja rewelacyjna średnia została lekko nadszarpnięta przez ostatni egzamin.

porażka tym boleśniejsza, że zdecydowałam się zrobić sobie pierwszą od początku studiów ściągę. która, nawiasem mówiąc, była piękna i profesjonalna, że normalnie hej. ;)

niestety, pani dr w przebłysku jakiegoś niesamowitego przeczucia postanowiła nas poprzesadzać, nie korzystając z luksusu, jakim jest logiczne myślenie. w wyniku czego wylądowałam w drugim rzędzie, gdzie mogłam, co najwyżej, spoglądać jej głęboko w oczy. mea culpa, trza się było nauczyć i obiecuję, że tak zrobię. na poprawkę. ;)

trudno się mówi, nie pierwszy egzams zawaliłam i pewnie nie ostatni. za stara ze mnie wyjadaczka, żebym się miała stresować, poza tym mój tytuł zawodowej opierdalaczki pozostaje zachowany! ;))

ferie. chwała Bogu, moje osiołki korkowe mają wolne, dzięki czemu i ja mam trochę więcej czasu i spokoju. a właściwie miałabym, gdyby nie rodzina z Ostrołęki, która z taktem słonia w składzie porcelany zwaliła mi się do domu. oczywiście, nikomu nie przyszło do głowy, żeby pytać mnie o zdanie. takich manewrów się u mnie nie praktykuje. odliczam dni do sierpnia. jeszcze 6 miesięcy i się wyprowadzam.

łeb mnie nasuwa. mam niejasne podejrzenia, że ma to coś wspólnego z wyżynającymi mi się właśnie ósemkami. cholerne, robią sobie festiwal co pół roku, wychodzą po 2 mm a potem koniec. cholery można dostać.

wybrałam kieckę ślubną. prawie. właściwie jestem zdecydowana, ale jeszcze umówiłam się w jednym salonie na mierzenie. jeśli nie znajdę czegoś, co mnie kompletnie powali na kolana, to kupię tę:

ładna? ;)

tylko będzie ecru. i z ramiączkami. 

obrączki też już zamówione. do odbioru za 2 tyg. będą najprostsze jak tylko mogą być, z białego złota.

o takie mniej więcej:

nie podobają mi się te koszmarki rodem z ruskiego bazaru, które mają więcej brylantów i innego badziewia niż pierścionek.

ma być prosto, zwyczajnie, bez przesadyzmu. no.

kończę, bo zaraz mi czachę rozsadzi. i będzie.  

12:51, gusiak1983
Link Komentarze (2) »
czwartek, 07 lutego 2008
refleksje post-eventowe

w niedzielę stuknęła mi ćwiartka... wszyscy pytają jak się z tym czuję. no a jak się mam czuć? zresztą, nie miałam czasu o tym myśleć. sesja dopadła. na szczęście, studia zaoczne mają ten plus, że wpisy załatwia się w dwa dni. dlatego wszystko mam już z głowy oprócz jednego prze-masakrycznego egzaminu w niedzielę. czuję, że będzie ciężko bo byłam na wykładzie nr.1 tylko i wyłącznie. ;> uznałam, że nie będę przyjeżdżać na 8.00 rano tylko po to, żeby posłuchać jak pani magister burczy sobie i okazjonalnie chichocze do mikrofonu w momencie kiedy ja nic nie rozumiem. strata czasu. w związku z tym czeka mnie za-pier-dziel...

natomiast jak narazie, oceny w indeksie są jak następuje:

5
5
4+
5
4
4
zal
zal

przy czym "zal" oznacza, że prześlizgnęliśmy się w tym sem bezocenowo...

plan na przysły semestr: czwórki zastąpić piątkami, a piątki szóstkami. i tego się trzymajmy! 

a wracając do ćwiartki... 

ludzie chyba przejęli się bardziej tymi moimi urodzinami niż ja sama. już od lat nie obchodzę, chociaż wszyscy się uparli, żeby mnie molestować w tym dniu. w pracy moja szefowa E. i O. (ta od przepisu na brownie) zwabiły mnie podstępem do sali gdzie czekało 25 zapalonych świeczek z ikei i ciacho ;D wariatki, no....

za to rodzice P. odśpiewali mi "sto lat" w przedpokoju... ;D jeeezusie....

z rzeczy bardziej up-to-date, wczoraj byliśmy z P. na "Lejdis". zaaaajeeebisteeeee!  naprawdę, spłakałam się ze śmiechu. ale coś za coś.

bilety dostaliśmy z Orange. seans był w Silverscreenie - Puławska, znany w kraju multiplex, klimatyzowane sale, widescreen, itd. świetnie. gdyby to jeszcze szło w parze z jakością obsługi.

po pierwsze, trzymali nas chyba z godzinę w ścisku przed kasami, zamiast pozwolić nam zejść z biletami na dół pod sale. wpuszczali na raz tylko kilka osób. wszyscy już byli nieźle podkurwieni, gdy nagle.... ze schodów obok zaczęli się wysypywać ludzie z poprzedniego seansu. głównie dzieci w wieku przedszkolnym. to dopiero była masakra. my - jak te barany, stoimy, nie mogąc się ruszyć, dzieciaki kurczowo przyczepione do kurtek rodziców wodzą błędnym wzrokiem nie wiedząc o co, kurde, kaman... kiedy już wszyscy wyszli, nas zaczęli wpuszczać. tym razem wszystkich naraz. co w efekcie spowodowało niemożliwy do ogarnięcia ścisk pod salami. kiedy juz wpełznęliśmy z P. do sali i usadziliśmy się wygodnie w naszych siedzonkach, staliśmy się świadkiem dramatu, oto pani z panem siedzący przed nami zostali posądzeni o skradnięcie miejc innej pani z inną panią. pani z panem z niekłamaną satysfakcją pokazali bilety, na których widniały jak wół numery, okazało się jednak, słusznie zajętych miejsc. pani z panią wycofały się rakiem i podryfowały do chłopca z falliczną w kształcie latarką kinową. pan uznał za stosowne sprawdzić jeszcze raz prawdomówność pani i pana i nie mogąc stwierdzić żadnych anomalii, również się wycofał. pani z panią usiadły gdzie indziej. 

dramat ten był w dwóch aktach. albowiem za dosłownie minutę sytuacja się powtórzyła, w innym miejscu sali, tylko tym razem główne bohaterki triumfalnie dokonały odzyskania mienia zagrabionego, bo na ich miejscach usiadły dwie inne niewiasty, którym z kolei zajęto wczesniej siedzenia.

barany z silverscreenu wydrukowały po dwa razy niektóre bilety. ja nie wiem jak to skomentować. 

już pomijam fakt, że w środku filmu ni z tego ni z owego zapaliło się światło i paliło się przez jakieś 5 minut nie reagując na nasze nerwowe pomruki.

z tego to właśnie powodu, a właściwie z wszstkich tych powodów, postanowiłam napisać maila do dyrekcji Silverscreenu i używając wrodzonego uroku osobistego poinformować ich o zaistniałej sytuacji. 

być może, jeśli wyjdzie mi naprawdę ładnie, to go tu umieszczę. narazie muszę nad nim pomyśleć, co sprawi mi niekłamaną przyjemność, powiem szczerze... ;> 

12:11, gusiak1983
Link Dodaj komentarz »
środa, 23 stycznia 2008
"myśli nieuczesane" Pani Autobusowej

piękny dzień. w taki dzień nie ma to jak przejechać się autobusem w doborowym towarzystwie.

dziś na przykład kopnęło mnie szczęście i udało mi się przejechać kilka przystanków z Panią Autobusową.

Pani Autobusowa, to starsza, korpulentna dama, w okularach i prochowcu. kursuje na linii ja-praca, więc widuję ją dość często. ale dopiero dzisiaj wpadłam na pomysł z notatnikiem. 

bo Pani Autobusowa jest postacią bardzo interesującą. myliłby się ten, kto ustawiłby ją w jednym szeregu z pomyleńcami gadającymi do siebie w środkach transportu miejskiego. Pani Autobusowa, owszem gada do siebie ale wykazuje niezwykłą znajomość najnowszych wydarzeń i ogólnych trendów, a także posługuje się bardzo wyrafinowanym słownikiem pojęć. a jej wyczucie absurdu jest iście witkacowskie. chociaż może "wyczucie" to nienajlepsze słowo w tym wypadku...

no więc dziś wpadłam po raz pierwszy na to, żeby jej mądrości zapisywać. oczywiście nie odda to w pełni ich uroku (Pani Autobusowa wygłasza je niezwykle pewnym siebie głosem, czasem z lekkim uśmieszkiem, czasem chichocząc z cicha, momentami brzmi jak z ambony, ale zawsze są to "prawdy objawione")

usiedliście wygodnie? to zaczynamy:

pierwsze zdanie jakim mnie powitała w autobusie to bardzo autorytarne stwierdzenie: "zostaną tylko kurwy dla Niemców!"

potem przyznała "jak bezpiecznie jechać na Golgocie"

a już w ogóle to "najlepiej jak Osama Bin Laden zrobi porządek w Warszawie. to będzie czysto."

po czym podzieliła się z nami refleksją: "ja nie wiem czy policja w ogóle myśli co robi. [ja też nie wiem, przyznam się...] bo niech najlepiej będzie Armageddon. i kropka."

i mimo, że nikt się z nią nie spierał, uznała za stosowne dodać "to nie żarty, proszę pani. to samo życie."

potem jej umysł zbłądził na bardziej mroczne ścieżki, bo poinformowała nas, że "Saturn to Kasjel. Anioł Śmierci. żer dla skner. bardzo kolorowy."

ale to w sumie nieistotne bo i tak "zależy komu kto dłużny i ile wie o życiu. ja samej sobie."

potem nagle wykrzyknęła: "a niech Warszawa wyleci w powietrze! jedni do piekła drudzy do nieba!" [no, ja przyznam, że ten akurat pomysł mi się nie podoba...]

"a może to jakieś manewry miłosne?" zapytała po chwili przewrotnie. 

potem nagle, przejeżdzając Grzybowską, uświadomiła nam, że "Mennica i Hotel Marriott to królestwo niebieskie komendy głównej, mafii i prostytutek. nie moje."

i wyszła.

 

i jak tu jej nie kochać? następnym razem nastawię dyktafon. 

13:12, gusiak1983
Link Komentarze (5) »
czwartek, 17 stycznia 2008
absurdów ciąg dalszy

chyba zmienię kategorię bloga... ;P

poruszanie się komunikacją miejską ma niezaprzeczalnie swoje plusy... czego to się człowiek nie nasłucha...

np. jakieś 20 min temu miałam niewątpliwą przyjemność odbyć krótką przejażdżkę tramwajem w towarzystwie dwóch świetnie zapowiadających się młodzieńców, którzy wymieniali gorzkie refleksje o swoich "byłych".

kroplę goryczy w przypadku jednego dopełnił opis "obecnego" jego "byłej":

jeden: no bo wiesz, widziałem jego zdjęcie: z brzuszkiem, łysinka, a najgorsze, że on jest taki stary! zamieniła chłopca na starca!
drugi: i to jakiego chłopca. no bo, słuchaj, powiedzmy sobie szczerze: jesteś wyjątkową postacią!

baaaaah!!!!

cóż, na ich miejscu dałabym sobie spokój z dziewczynami po prostu....

to tyle jeśli chodzi o tramwajowe dialogi. teraz następna porcja wizualizacji:

oto, co zarejestrowałam okiem mojej kamery w drodze na wydział o poranku:

urocze...

a tu z kolei dwa przykłady na to, że w supermarketach też może być wesoło:

co kupić mojej małej córeczce na gwiazdkę?? już wiem! lalkę która wygląda jak prostutytka! (a właściwie jej popiersie... nie wiem co gorsze...)

 

o, a tu zachęcająca reklama cropp town. zmusza mnie do zastanowienia nad targetem tego sklepu...

misiu jest mojego wzrostu (który jest dość nikczemny, bo 1,60 cm, ale ja nie jestem pluszowa... o.O)

proszę zwrócić uwagę na oryginalne rozwiązanie problemu stanika... 

 

 

20:30, gusiak1983
Link Komentarze (2) »
wtorek, 15 stycznia 2008
tumiwisizm i nicnieróbstwo kontra absurd miejski

rozleniwiłam się. po świętach i całych dniach nicnierobienia nie mogę zebrać tyłka i przysiąść do roboty. owocuje to bardzo pięknie zaległościami na studiach (narazie małymi, ale widzę obiecujące perspektywy...), lekkim olewactwem w pracy i ogólną rozlazłością.

jestem z natury doskonałym egzemplarzem leniwca pospolitego, z doświadczenia wiem, że jak wpadnę w ciąg, to jak alkoholik... spirala samonakręcająca się. dlatego ostatnio starałam się nie mieć okazji do leniuchowania, żeby uniknąć problemów. niestety, przyszły święta.

dlatego, między innymi, porzuciłam na chwilę blogowe życie i Was, Moi Drodzy, Wierni Czytelnicy ale wracam. z mętnych otchłani mojego opierdalactwa, jak to zwykliśmy byli mówić na studiach... ;>

no to tyle jeśli chodzi o pierwszą część tytułu. w drugiej, drodzy Państwo chciałam poruszyć jakże ważki temat (nieustannie aktualny i zapewne wszystkim doskonale znany) mianowicie: absurdy i absurdki jakie mogą zaatakować nas kiedy poruszamy się po miejskiej aglomeracji.

 

absurd pierwszy: lingwistyczny

jadę sobie jadę z porannych zajęć tramwajem, dopadłam miejsce, siadam.
za mną (słyszę, bo aparat oczny mam skierowany w drugą stronę) lasia rozmawia z kolesiem. koleś ma śmiszny akcent, raczej jest Francuzem, mówi po polsku, z angielskimi wstawkami. konwersują sobie przyjemnie, słucham z musu, bo nie da się nie słyszeć. (zresztą stoją mi nad głową)
wtem koleś zadaje lasi pytanie a propos pracy, czy cuś.

ona: aa nie, nie, nie mogę bo ja nie mam wiedzy.
on: yyy a czio to "wiedz"?
ona: [uczcijmy to pytanie minutą ciszy... myśli, mysli, nawet nie widząc jej słyszę jak jej się obwody przegrzewają... w końcu...] yyy... k-now-ledż. tak! knowledż! (piszę fonetycznie)

no więc, dla wszystkich uczących się języka Szekspira: co to jest wiedz? otóż wiedz jest to knowledż!

 

absurd drugi: (mniej śmieszny. przynajmniej mnie nie śmieszy)

scenka na przystanku tramwajowym. podjeżdża transport, ludzie się pakują do środka, nagle widzę, do transportu kuśtyka babinka. taka w wieku zaawansowanym. nieźle kuśtyka, choć o lasce ale ruchy ma, widać, mocno ograniczone wiekiem i dość grubym paletkiem. ponieważ takie babcie widzę prawie na każdym przystanku, nie wykazuję większego zainteresowania. nagle kątem oka zauważam jak babinka wykonuje jakiś bliżej nie sprecyzowany ruch w tył. pół sekundy potem leży już na ulicy obok tramwaju a ze środka wybiega kilku chłopaków żeby jej pomóc. dźwigają ją, dźwigają, w końcu dźwignęli, natomiast w tym momencie, laska prowadząca tramwaj, jak gdyby nigdy nic, zamyka drzwi mając w dupie i fakt, że chłopaki pewnie chcieliby po ukończonej akcji ratunkowej pojechać dalej, jak również to, że w tramwaju została dziewczyna jednego z nich. chłopaki i babinka lądują na ławce na przystanku w oczekiwaniu na następny transport.

słabo?

no ale żeby zmienić trochę nastrój, zapodamy trochę materiału wizualnego ;) czasem cykam coś komórką, kiedy zauważę w przelocie. niektóre rzeczy są śmieszne, niektóre straszne ;))

Renatę już poznaliście... http://gusiowo.blox.pl/2007/12/akcesorium-prawdziwej-kobiety.html

teraz czas na perełki gastronomiczne. mam dwie:

jak widać na Kolegium Niemieckiego konsumcję należy zakupywać w bufecie, w przeciwnym razie trzeba ją będzie jeść palcyma...

i drugi...

gdybym była klientką tej cukierni, rozpraszałby mnie fakt, iż mogę zostać skonsumowana przez jedno z "miejsc siedzących", które wszakże do tego celu zostały przeznaczone... nieprawdaż?

reszta następnym razem... ;))

22:22, gusiak1983
Link Komentarze (2) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 6